Podróżując 13-ego… Viaggiando il 13…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyźnie. Blogerki Polki rozsiane po całym świecie opowiadają, co straszy lub śmieszy je w swojej „drugiej ojczyźnie” (a co drugi dzień jaka to u nich zima). Jeżeli chcesz poczytać te międzynarodowe opowieści – zaglądaj na blogową listę TU (co dzień dołączamy nowy artykuł).

Jak przyszło mi wybierać na jaki temat Wam pisać, to tylko jedno przyszło mi do głowy – moja osobista historia. Nie będę Wam tu wyciągać szkieletów z szafy, czy duchów z pobliskich zamków, nie zaskoczę humorem. Nie ma nic lepszego jak moje trzydniowe wakacje, a w tym 9 godzin paniki. Żeby nie było wątpliwości był to 13 dzień lipca.

Z okazji moich 40. urodzin postanowiliśmy z moim mężem „uciec z domu” we dwoje. Trafiła nam się okazja odwiedzić zachodnie wybrzeże Sardynii, 3 dni, tylko ja i on, hotel, spa, relaks, słońce, plaża i zwiedzanie miasta. Poprosiliśmy babcię, żeby została z naszymi pociechami w wieku szkolnym, u nas w domu. Udało się! Samolot z Rzymu do Cagliari. Spotkanie na lotnisku z grupką osób do tego samego hotelu, odległego o 60 km. Nowe znajomości, zwiedzanie miasta Arborea i jego okolic. Totalny relaks i zapomnienie o reszcie świata. Trzeciego dnia, podczas sobotniej kolacji dowiedzieliśmy się, że na niedzielę ogłoszono strajk na kolei i będziemy mieli problem z dotarciem na lotnisko. Wśród nowych znajomych stworzyliśmy plan wynajęcia busika, aby wspólnie razem wyruszyć z rana do Cagliari, bo każdy z nas miał stamtąd samolot powrotny. Każdy o innej godzinie. Jedna para wylatywała z samego rana, przybyliśmy więc na lotnisko punktualnie o 8.00. Zostało nas jeszcze 5 osób z biletami lotniczymi (wyloty około 14.00, 17.00 i my o 22.00) Wpadliśmy na genialny pomysł wynajęcia samochodu, żeby służył nam za transport i przechowalnie bagażu. Ten „zbójecki plan” pozwolił nam na zostawienie walizek w bagażniku, wspólny obiad na cudownej plaży, kąpiel popołudniowa, zwiedzanie miasta, no a przede wszystkim wygoda odwożenia na lotnisko kolejnych członków grupy „na żądanie”.

Moi drodzy to ci dopiero była sielanka… do godziny 13.00.

W trakcie obiadu dzwoni do mnie teściowa i pyta mnie, gdzie się zakręca wodę w całym mieszkaniu bo zalewamy sąsiadów. Dla uniknięcia paniki u 60-latki i przy stoliku, ze stoickim spokojem, z uśmiechem na twarzy, oddalając się w stronę morza zapytałam gdzie leci woda. Okazało się, że zacięła się spłuczka w WC i jednocześnie puściła uszczelka, doprowadzająca wodę do miski klozetowej. Pech!

Zaproponowałam zakręcenie kurka od sedesu. Podobno nie chciał drgnąć, a Grazia nie chciała go urwać. Wytłumaczyłam więc, gdzie się zamyka wodę w całej łazience. Minuty lecą, a w panice ciężko było kobicinie znaleźć te kurki. Do tego trzeba je rozmontować i mieć klucz francuski, żeby zakręcić. Narzędzia w garażu i nie było czasu na bieganie po piętrach i tłumaczenie gdzie on jest. Sekundy biegną, a woda zaczęła wychodzić już z łazienki na podłogę z parkietem…. co robić?

Wysterowałam tę biedaczkę do piwnicy, żeby zakręcić zawór, który odcina całą wodę w domu. Rozłączyłyśmy się, żeby jej nie stresować. Książę-małżonek patrzył się na mnie, bo byłam podobno blada. Teściowa nie oddzwania… mijają minuty, a tobie się wydaje, że to godziny. Dzwoni! Podobno „zalewany” sąsiad spotkał ją w piwnicy i razem zamknęli dopływ wody. Ufff. Biedaczce zostało już „tylko” zbieranie wody z całej powierzchni.

Tymczasem, po obiedzie, pojechaliśmy odwieźć jedną parę znajomych na lotnisko. Zostaliśmy we trójkę i postanowiliśmy zwiedzić starówkę. Chodząc po uliczkach dawałam teściowej wskazówki, gdzie są dodatkowe szmaty i jak ratować drewnianą podłogę… starałam się mieć rękę na pulsie. Przyszedł czas na kolejną rundę na lotnisko i zostaliśmy z Maurem sami. Brakowało kilku godzin do chek-in’u. Pomyśleliśmy pojechać na mszę do kościoła, a potem oddać wynajęty samochód, tak aby o 21.00 być na lotnisku – dokładnie godzinę przed odlotem.

Myślicie, że to koniec naszych przygód? Siadając na krzesłach poczekalni lotniska, Mauro zaczyna organizować bagaże i szukać kluczyków do naszego samochodu zostawionego na lotnisku w Rzymie. Pyta czy nie mam ich przypadkiem w torebce. Nie mam. A komórkę? Też nie! Znaleźliśmy tylko jego komórkę służbową…. cała reszta była w torebce „nereczce”…., szukamy jej po całym bagażu. Nie ma! Ostatnio ją widział w holu hotelowym oddalonym jak pamiętacie o 60 km od lotniska. Mamy godzinę czasu do odlotu samolotu. Wylecieć możemy i bez torebeczki, ale nie odjedziemy z Rzymu bez samochodu. Jak pojedziemy do hotelu, stracimy samolot. Jest niedziela wieczór, a ja mam zarezerwowany kolejny lot z Bolonii we wtorek rano!!!

Dzwonimy do hotelu, żeby zapytać czy ktoś przypadkiem nie znalazł naszej zguby. Recepcja potwierdza, że mają naszą torebeczkę, ale nie mieli się jak z nami skontaktować.

Wpadłam na pomysł! Poprosiłam panią z recepcji o wysłanie „nereczki-pasażera” taksówką do nas na lotnisko, gdzie zapłacimy kierowcy podróż w obie strony. Oby tylko znalazła jak najszybciej wariata-taksówkarza co przyciśnie gaz do dechy. Znów minuty oczekiwania na odpowiedź stają się wiecznością. Ta uprzejma Pani w dwie minuty wrzuciła zgubę do taksówki i zadzwoniła, aby podać nam numer telefonu kierowcy, z którym się kontaktować.

Co teraz? Pobiegliśmy na chek-in, bo przeważnie samoloty się spóźniają, więc może i dziś…. A gdzie tam! Kiedy ci potrzeba to będzie właśnie punktualnie!

Telefony się nam rozładowywały. Okazało się, że na całym lotnisku nie ma kontaktu dla podróżnych. Mieliśmy farta, że przemiły pan w poczekalni dla inwalidów pozwolił nam podłączyć się do sieci. Zostało pół godziny na wymyślenie planu B. Skontaktowaliśmy się z taksówkarzem, niestety nie miał dobrych wieści, korki na trasie opóźniały jego jazdę. Opisaliśmy się wzajemnie, żeby odnaleźć się tuż na wejściu na lotnisko. Nasz duet postanowił się rozdzielić. Mauro czekał na taksiarza na zewnątrz lotniska, a ja poszłam na bramkę i w kolejkę na gate, aby zobaczyć jakie są możliwości opóźniania samolotu. Po otrzymaniu karty pokładowej mogłam się tylko schować w toalecie. Pomyślałam, że przez jakiś czas będą mnie wołać przez mikrofon, zawsze to parę minut zwłoki.

W międzyczasie mój bagaż został skontrolowany. Zapytałam uprzejmego pana w mundurze, jak można pomóc mojemu mężowi w szybkiej odprawie, gdy będzie spóźniony. Poinformował mnie, że w kiosku mogę kupić bilet „Fast Track”, co pozwala na ominięcie kolejki i szybkie przemieszczenie prosto do samolotu. Zadzwoniłam do Maura z tą informacją i dowiedziałam się, że taxi dojedzie za 10 minut, właśnie kiedy ma odlatywać samolot…. Uzgodniliśmy, że ja odlecę i postaram się dostać pociągiem do domu, aby móc się przepakować na wtorkowy samolot z Bolonii. On miał zaś kupić nowy bilet lotniczy Cagliari-Rzym, a dalej podróżować odzyskanym z parkingu samochodem.

Nasze nadzieje gasły z minuty na minutę. Stałam w kolejce z biletem pokładowym i przepuszczałam osoby stojące za mną, aby móc wpatrywać się w schody, na których mógł pojawić się mój zapominalski towarzysz podróży. Tak idąc na koniec kolejki zorientowałam się w pewnym momencie, że to już nie są pasażerowie do Rzymu, ale do Sieny. To samo okienko odprawiało już pasażerów na kolejny samolot. Uprzejme stewardesy poinformowały mnie, że jestem ostatnia i czekają na mnie, gdy na schodach pojawił się biegnący Mauro. Z torebeczką w ręku oddał paniom kartę pokładową i pobiegliśmy do samolotu. Nie zdążyliśmy zapiąć pasów, jak maszyna ruszyła z płyty lotniskowej. Przez cały lot adrenalina nie dała nam zasnąć, nawet nie mieliśmy siły rozmawiać. Załączę Wam kilka zdjęć z tej podróży, ale tylko te zrobione do godziny 13.00….

Questo articolo fa parte del progetto del Club delle Polacche all’Estero. Le blogger polacche sparse per tutto il mondo vi raccontano cosa le ha spaventate o ha fatto divertire nella loro “seconda patria” (ogni due giorni il racconto è sull’inverno). Se vuoi leggere questi testi internazionali,ti consiglio qui l’elenco del blog (ogni giorno aggiungiamo il testo nuovo in polacco).

Quando ho dovuto scegliere cosa raccontarvi, mi è venuta in mente solo una storia vera che mi è capitata. Non vi tirerò fuori nè scheletri dall’armadio nè fantasmi dai castelli più vicini, non vi stupirò con le barzellette. Non c’è niente di meglio che le mie vacanze di 3 giorni, incluse 9 ore di panico totale. Vi posso solo assicurare che era il 13 luglio.

In occasione del mio 40° compleanno ho deciso con mio marito di “scappare di casa” solo noi due. Un’occasione per vedere la costa occidentale della Sardegna, 3 giorni, solo io e lui, hotel, spa, relax, sole, spiaggia e gita. Abbiamo chiesto alla nonna di rimanere coi nostri figli in età adolescenziale, nella nostra casa. Ce l’abbiamo fatta! L’aereo da Roma per Cagliari. Incontro con gli altri diretti per lo stesso albergo che distava 60 km. Nuove conoscenze, visita alla città di Arborea e dintorni. In pieno relax, ci siamo scordati del mondo. Il terzo giorno, alla cena di sabato abbiamo saputo che di domenica hanno annunciato lo sciopero dei treni e che con grande difficoltà saremmo arrivati all’aeroporto. Tra nuovi amici abbiamo ideato un piano per noleggiare un pulmino, per arrivare tutti insieme la mattina a Cagliari da dove partivano i nostri aerei diretti verso casa. Ognuno partiva in orari diversi. Una coppia partiva la mattina presto allora ci siamo presentati puntuali all’ aeroporto alle 8.00. Siamo rimasti in 5 persone con i biglietti aerei in mano (le partenze alle 14.00, 17.00 e noi alle 22.00) Abbiamo avuto un’idea geniale a noleggiare l’auto per avere sia un mezzo di trasporto che deposito bagagli. Un piano speciale che ci ha permesso di lasciare le valigie in macchina, pranzare insieme su una spiaggia meravigliosa, con tanto di bagno al mare e infine visitare la città. Potevamo accompagnare all’aeroporto i prossimi passeggeri con comodo “su richiesta”.

Ragazzi… paradiso!…. fino alle ore 13.00.

Durante il pranzo mi ha chiamato la suocera chiedendo dove a casa nostra si chiude il rubinetto generale dell’acqua perché si stava allagando l’appartamento di sotto. Per non spaventare ne la mia tata over 60 ne i commensali, con calma e con il sorriso sulle labbra mi sono allontanata dal tavolino verso il mare e ho chiesto dov’era la perdita d’acqua. Ho capito che si era incastrato il pulsante dello scarico del water e contemporaneamente si era rotta la guarnizione del tubo che porta l’acqua nella tazza. Che sfiga!

Ho proposto di chiudere il rubinetto dello scarico. Purtroppo non si muoveva da nessuna parte e Grazia non voleva sforzarlo per non romperlo. Allora ho spiegato dove si chiude l’acqua di tutto il bagno. I minuti scorrevano e questa povera donna presa dal panico non riusciva a trovarli. Poi bisognava smontarli e usare la chiave inglese, per girare. Gli attrezzi stavano nel garage e non c’era tempo per fare le scale e spiegare dove stessero. I secondi passavano e l’acqua usciva dal bagno sul parquet… cosa fare?

Ho suggerito alla poveretta di andare in cantina a chiudere tutta l’acqua di casa. Per non stressarla abbiamo chiuso la telefonata. Il mio marito-principe mi guardava, perché ero bianca come un lenzuolo. La suocera non mi richiamava… passavano i minuti e sembravano ore. Alla fine ha chiamato dicendo che in cantina ha incontrato il vicino di casa già “allagato” e insieme hanno chiuso la fonte del danno. Ufff. Alla poveretta è rimasto “solo” di raccogliere l’acqua per tutta casa.

Nel frattempo, dopo pranzo, abbiamo accompagnato una coppia all’aeroporto. Siamo rimasti in tre a visitare la città vecchia. Passando per i vicoli davo indicazioni alla suocera su dove si trovavano altri stracci e come salvare il pavimento bagnato… cercavo di controllare la situazione a distanza. Poi è arrivato il momento di ritornare all’aeroporto e siamo rimasti soli con Mauro. Mancavano un po’ di ore per il nostro check-in, così abbiamo deciso di andare alla messa, poi restituire l’auto, per poter stare al terminal alle 21.00 – giusto un’ora prima del decollo.

Pensate che sono finite le nostre avventure? Ci stavamo mettendo seduti sulle sedie della sala d’attesa quando Mauro cercava di sistemare i nostri bagagli e cercare le chiavi della nostra macchina lasciata all’aeroporto di Roma. Mi ha chiesto se le avessi io magari nella borsa. Non le avevo. Il suo cellulare? Neanche! Ha ritrovato solo il suo cellulare del lavoro… tutto il resto stava nel marsupio… l’abbiamo cercato per tutti i bagagli, ma non c’era. L’ultima volta che lo aveva visto è stata nella hall dell’albergo che distava da noi, se vi ricordate bene, 60 km. Avevamo un’ora di tempo per la partenza dell’aereo. Potevamo andare via anche senza il marsupio, però dopo non potevamo prendere l’auto nostra a Roma. Se andavamo all’albergo, perdevamo l’aereo. Era domenica sera e io avevo già acquistato un altro biglietto per volare da Bologna per martedì mattina!!!

Abbiamo chiamato l’albergo, per chiedere se qualcuno per caso avesse trovato il marsupio. La reception ci ha confermato che ha trovato il borsellino, ma non sapevano come contattarci.

Grande idea! Ho chiesto alla signora dell’hotel di spedirci “il marsupio-passeggero” con il taxi, e che poi avremmo pagato andata e ritorno al l’autista. Ci serviva un matto-tassista che non togliesse il piede dall’acceleratore. Altri minuti in attesa della risposta che duravano un’eternità. Questa gentilissima signora in due minuti ha incaricato un autista e ci ha telefonato per dare i riferimenti del tassista da contattare.

E adesso? Di corsa siamo andati al check-in. Di solito gli aerei fanno ritardo, quindi speravamo di avere fortuna…. Ma che!!! Per una volta che avrebbe dovuto ritardare è stato puntuale!

I nostri telefoni si sono scaricati. In tutto l’aeroporto non c’erano le prese per i passeggeri. Fortuna un gentilissimo signore nella zona per i disabili ci ha permesso di caricare le batterie proprio lì. Abbiamo avuto solo mezz’ora di tempo per inventare il piano B. Abbiamo contattato il tassista, che non ci ha dato buone notizie, il traffico per strada ritardava il suo arrivo. Ci siamo descritti per trovarci. Il nostro duetto ha deciso di separarci: Mauro attendeva l’autista al parcheggio mentre io sono andata a fare la fila al gate per vedere cosa potessi fare per far ritardare la partenza. Dopo aver ricevuto la carta d’imbarco potevo solamente nascondermi nel bagno. Ho pensato che mi avrebbero chiamato qualche volta al microfono…avrei guadagnato sempre qualche minuto.

Nel frattempo il mio bagaglio è passato sotto controllo. Ho chiesto ad un signore in uniforme come poter aiutare mio marito a fare questi controlli più velocemente, qualora fosse in ritardo. Mi ha informato che in edicola potevo comprare un biglietto “Fast Track”, che permette di saltare la fila e passare direttamente verso l’aereo. Ho chiamato Mauro per dargli questa informazione, invece ho saputo che il taxi sarebbe arrivato tra 10 minuti, proprio quando avrebbe decollato il velivolo…. Abbiamo concordato che io sarei partita anche da sola e avessi preso il treno verso casa, per poter preparare i bagagli per il volo del martedì da Bologna. Lui invece avrebbe dovuto prendere il volo successivo Cagliari-Roma , per poi viaggiare alla volta della nostra macchina.

Le nostre speranze svanivano minuto dopo minuto. Stavo in fila con la carta d’imbarco e facevo passare le persone che stavano dietro a me, per poter guardare le scale sulle quali poteva apparire il mio compagno di viaggio scordarello. Ad un certo punto mi sono accorta che davanti a me non passavano solo i passeggeri per Roma ma anche quelli per Siena. Lo stesso sportello serviva già un altro volo. Le gentili hostess mi hanno informato che ero ultima e che mi avrebbero aspettato a bordo, quando sulle scale ho visto Mauro che correva disperato. Con il marsupio in mano ha consegnato alle hostess la carta d’imbarco e siamo corsi verso l’aereo. Non abbiamo fatto in tempo a mettere le cinture che il mezzo è partito sulla pista. Durante il volo l’adrenalina non ci ha permesso di dormire, e non avevamo manco voglia di parlare. Vi allego qualche foto di questo viaggio, ma solo quelle scattate fino alle ore 13.

Annunci

11 thoughts on “Podróżując 13-ego… Viaggiando il 13…

  1. Rzeczywiście treść trzyma, czytającego w napięciu od początku do końca. Może nawet jeszcze mocniej na końcu. Ale można tylko współczuć Ci – dziecko – tego co przeżywałaś. Najważniejsze, że finał był z happy endem !!!
    No i teraz już wiesz dlaczego nienawidzę podróży 13-go ??? Choć i tak go nienawidzę…

    Mi piace

  2. Ciśnienie skoczyło mi od samego czytania… Ja w takich sytuacjach kompletnie głupieję i panikuję, mój Mauro za to wykazuje iście brytyjskie opanowanie. Chociaż ktoś, bo niestety widzę, że syn odziedziczył panikę po mamusi, o czym mieliśmy okazję się przekonać dziś rano. Miał być w szkole o 10, zapomnieliśmy i wysłaliśmy go na 8. Ten sierota miał telefon i zamiast dzwonić do domu, płakał rzewnymi łzami, bo nie wiedział co robić.
    Zgodnie z logiką 12-to latka telefon służy tylko do zabawy 😦

    Liked by 1 persona

  3. A u mnie wrecz odwrotnie! Wlacza mi sie funkcja “pokonanie przeciwnika”, mam to w genach po tacie! No i przy takim mezu co jakis czas dostaje certyfikat przydatnosci hihihih.
    Biedny Twoj mlody, tak to bywa… mysle, ze tata musi go na praktyki zaprosic. Jk nie to ciocia Ania zaprasza 😉

    Mi piace

  4. Pingback: PROJEKT LUTY-MARZEC 2016 - Klub Polki na Obczyźnie

Rispondi

Inserisci i tuoi dati qui sotto o clicca su un'icona per effettuare l'accesso:

Logo WordPress.com

Stai commentando usando il tuo account WordPress.com. Chiudi sessione / Modifica )

Foto Twitter

Stai commentando usando il tuo account Twitter. Chiudi sessione / Modifica )

Foto di Facebook

Stai commentando usando il tuo account Facebook. Chiudi sessione / Modifica )

Google+ photo

Stai commentando usando il tuo account Google+. Chiudi sessione / Modifica )

Connessione a %s...